Pohl Frederic - Gateway Spotkanie Z Heechami - Sankcje mi�o�ci


    Ma�y kawa�ek materii organicznej zwany Dolly Walthers by� zaj�ty prze�ywaniem tych wszystkich wra�e� - czy te� wszystkich wymienionych, opr�cz rado�ci - oraz wielu innych uczu�, jak wstr�t i nuda. W szczeg�lno�ci by�a to nuda, z wyj�tkiem tych chwil, kiedy w jej ma�ym zasmuconym serduszku panowa�o przera�enie. Wn�trze statku Wana najbardziej ze wszystkiego przypomina�o komor� w jakiej komplikowanej, ca�kowicie zautomatyzowanej fabryce, gdzie zostawiono tylko tyle miejsca, by istota ludzka mog�a wpe�zn�� i dokona� napraw. Nawet migaj�ca z�ota spirala, kt�ra stanowi�a cz�� nap�du Heech�w, by�a widoczna tylko cz�ciowo; Wan obudowa� j� szafkami do przechowywania �ywno�ci. Rzeczy osobiste Dolly - kt�re sk�ada�y si� g��wnie z jej pacynek i zapasu tampon�w na sze�� miesi�cy - zosta�y wt�oczone do szafki w malutkiej toalecie. Ca�a pozosta�a przestrze� nale�a�a do Wana. Nie by�o za wiele do roboty, a i nie by�o miejsca na zrobienie czegokolwiek. Jednym ze sposob�w zabicia wolnego czasu by�o czytanie. Jedyne wachlarze Wana, kt�re nadawa�y si� do czytania, zawiera�y g��wnie bajki dla dzieci, nagrane dla niego, jak m�wi�, kiedy by� ma�ym ch�opcem. Dla Dolly by�y potwornie nudne, cho� nie tak nudne jak ca�kowita bezczynno��. Nawet gotowanie i sprz�tanie nie by�y tak nudne, jak nie robienie niczego, ale mo�liwo�ci by�y ograniczone. Niekt�re zapachy powsta�e przy gotowaniu powodowa�y, �e Wan chowa� si� w l�downiku albo - i to nawet cz�ciej - napada� na ni� i wydziera� si� wniebog�osy. Pranie by�o �atwe, wymaga�o jedynie w�o�enia ubra� do czego� w rodzaju szybkowaru, kt�ry przepuszcza� przez nie gor�c� par�, ale kiedy sch�y, podnosi�a si� wilgotno�� powietrza na statku i to tak�e bywa�o przyczyn� atak�w sza�u. Wan naprawd� nigdy jej nie uderzy� - chyba �e liczy� te przypadki, kt�re uwa�a� za gr� mi�osn� - ale i tak przera�a� j� �miertelnie.
    Bardziej ba�a si� jednak czarnych dziur, kt�re odwiedzali, jedna za drug�. One przera�a�y r�wnie� Wana. Strach nie powstrzymywa� go jednak przed dzia�aniem; jedynie sprawia�, �e jeszcze trudniej by�o z nim wytrzyma�.
    Kiedy Dolly u�wiadomi�a sobie, �e ca�a ta szalona ekspedycja by�a jedynie beznadziejnym poszukiwaniem od dawna zaginionego i niew�tpliwie zmar�ego ojca Wana, poczu�a co� w rodzaju prawdziwej czu�o�ci. �a�owa�a, �e nie pozwala jej okazywa� tego uczucia. Zdarza�o si�, zw�aszcza po tym, jak uprawiali seks, w tych rzadkich chwilach, gdy nie zasypia� od razu albo nie odpycha� jej od siebie jakim� ostrym i niewybaczalnie osobistym przytykiem - kiedy przez co najmniej kilka minut w milczeniu le�eli przytuleni do siebie. Czu�a wtedy wielk� potrzeb� nawi�zania z nim jakiego� ludzkiego kontaktu. Czasami chcia�a przy�o�y� mu usta do ucha i wyszepta�:
    - Wan? Wiem, co czujesz w zwi�zku z twoim ojcem. Chcia�abym ci jako� pom�c.
    Ale oczywi�cie nigdy si� na to nie odwa�y�a.
    Inn� rzecz�, kt�rej nigdy nie o�mieli�a mu si� powiedzie�, by�o przypuszczenie, �e on ma zamiar zabi� ich oboje - a� przybyli do �smej czarnej dziury i nie mia�a ju� wyboru. Nawet po dw�ch dniach po tej wizycie - dw�ch dniach podr�y szybszej ni� �wiat�o, po pokonaniu prawie roku �wietlnego - nie mog�a si� uspokoi�.
    - Co ci� tak �mieszy? - naciska�a, a Wan, kt�ry nawet si� nie rozgl�da� wok�, gdy� siedzia� zgarbiony przez ekranem, odpowiedzia� tak, jak si� tego spodziewa�a:
    - Zamknij si�. - Po czym dalej gada� ze swoimi Zmar�ymi. Odk�d si� zorientowa�, �e Dolly nie m�wi ani po hiszpa�sku, ani po chi�sku, rozmawia� z nimi przy niej, ale w j�zyku, kt�rego nie rozumia�a.
    - Nie, prosz� z�otko - powiedzia�a, czuj�c co� niesw�j ego w �o��dku. - To wszystko nie tak! - Nie umia�a powiedzie�, co jest nie tak. Przedmiot na ekranie by� malutki. Nie by�o go wida� wyra�nie i obraz skaka�. Nie by�o tam �ladu szybkich b�ysk�w energii, kiedy rozci�gane pasma materii by�y niszczone przy wci�ganiu ich do czarnej dziury, ale by�o tam co� wida�, jakby unosz�ce si� b��kitne promieniowanie - na pewno jednak nie by�o to czarne.
    - Phi - prychn�� Wan, poc�c si� obficie, bo te� by� przera�ony i rozkaza�: - Zapytaj tej dziwki, czego chce si� dowiedzie�. Po angielsku.
    - Pani Walthers? - G�os brzmia� s�abo i niepewnie; by� to g�os zmar�ego, je�li to w og�le by� cz�owiek.
    - W�a�nie obja�nia�em Wanowi co�, co nazywamy nag� osobliwo�ci�. To co� si� nie obraca, zatem nie jest ca�kowicie czarne. Wan? Por�wnywa�e� to z mapami Heech�w?
    - Oczywi�cie, durniu - mrukn��. - W�a�nie mia�em to zrobi�! - Wanowi dr�a� g�os, kiedy dotyka� ster�w. Obok obrazu uformowa� si� nast�pny. By� to b��kitnawy, przypominaj�cy chmur�, m�cz�cy wzrok przedmiot. A obok, na drugiej po�owie ekranu, pojawi� si� ten sam obiekt, otoczony siatk� jasnych, cienkich czerwonych linii i migocz�cymi zielonymi ko�ami.
    Zmar�y o�wiadczy� z ponur� satysfakcj�.
    - To co� niebezpiecznego, Wan. Heechowie oznaczyli to w ten spos�b.
    - Kretyn! Wszystkie czarne dziury s� niebezpieczne!
    - Wy��czy� m�wi�cego i zwr�ci� si� do Dolly ze w�ciek�o�ci� i pot�pieniem. - Ty te� si� boisz! - rzuci� oskar�aj�cym tonem i powl�k� si� do l�downika wype�nionego skradzionymi, a przera�aj�cymi gad�etami. Fakt, �e Wan r�wnie� dygota�, nie wp�yn�� na Dolly uspokajaj�co. Patrz�c beznadziejnie na ekran czeka�a na telepatyczne uderzenie spowodowane u�ywaniem przez Wana TNP w celach badawczych. Troch� to trwa�o, gdy� TNP nie dzia�a� na odleg�o�ci mi�dzygwiezdne i czasem zasypia�a na chwil�, by obudzi� si� i ujrze� pod klap� l�downika nieruchomego Wana przykucni�tego nad b�yszcz�c� siateczka i diamentowo l�ni�cym korkoci�giem, a potem zn�w zasypia�a.
    Spa�a, kiedy do jej sn�w wtargn�o uderzenie nienawi�ci, strachu, obsesji, nadawane przez zn�kany umys� Wana za pomoc� TNP i by�a ju� prawie ca�kiem obudzona, kiedy Wan wpad� do g��wnej kabiny i stan�� nad ni�.
    - Cz�owiek! - wybe�kota�, mrugaj�c dziko oczami, kiedy pot strumieniami sp�ywa� mu po czole. - Musz� dosta� si� do �rodka!
    Tymczasem ja �ni�em o g��bokiej, stromej studni grawitacyjnej i ukrytym w niej skarbie. Kiedy Wan zabawia� si� skradzionymi gad�etami poc�c si� ze strachu, ja poci�em si� z b�lu. Kiedy Dolly gapi�a si� z namys�em na wielki mglisty, b��kitny obiekt na ekranie, ja patrzy�em na ten sam obiekt. Ona nie widzia�a go nigdy przedtem. Ja owszem. Nad moim ��kiem wisia�o zdj�cie tego czego�, a zrobi�em je w chwili, gdy cierpia�em jeszcze bardziej i by�em zdezorientowany. Pr�bowa�em usi��� na ��ku, ale silna, delikatna d�o� Essie popchn�a mnie z powrotem.
    - Jeste� ci�gle pod��czony do systemu podtrzymywania �ycia, Robin - skarci�a mnie. - Nie wolno ci si� gwa�townie rusza�!
    Le�a�em w ma�ej komorze szpitalnej, kt�r� urz�dzili�my w domu nad Morzem Tappajskim, kiedy ka�dorazowe je�d�enie do kliniki w momentach, gdy jedno z nas potrzebowa�o reperacji, sta�o si� ju� zbyt k�opotliwe.
    - Jak si� tu dosta�em? - dopytywa�em si�.
    - Samolotem, jak�e�by inaczej? - Pochyli�a si� nade mn�, �eby odczyta� co� na monitorze powy�ej mojej g�owy i pokiwa�a g�ow�.
    - Mia�em operacj� - wydedukowa�em. - Ten skurwiel Albert u�pi� mnie. Przylecia�a� ze mn� do domu zanim si� obudzi�em.
    - Jaki� ty sprytny! Tak. Ju� po wszystkim. Doktor m�wi, �e jeste� zdrowy jak wiejska �winia i szybko przychodzisz do siebie - m�wi�a dalej - tylko brzuch jeszcze b�dzie ci� troch� bola�, bo masz w sobie dwa i trzy dziesi�te metra nowych jelit. A teraz jedz. Potem si� prze�pisz.
    Opad�em na poduszki, za� Essie dogadywa�a si� z programem kucharskim, patrz�c na hologram. Umieszczono go tam, by mi przypomina�, �e bez wzgl�du na to, jak nieprzyjemne by�o ca�e to �atanie maj�ce utrzyma� mnie przy �yciu, s� rzeczy o wiele bardziej nieprzyjemne, ale wcale nie o tym mi przypomina�. Kierowa� moje my�li ku kobiecie, kt�r� utraci�em. Nie mog� powiedzie�, �ebym o niej nie my�la� przez te wszystkie lata, gdy� nie by�aby to prawda. Cz�sto o niej my�la�em - by�o to jednak stare wspomnienie, a teraz my�la�em o niej jako o osobie.
    - A teraz czas - zanuci�a weso�o Essie - na po�ywny bulion z ryby! - Na Boga, ona wcale nie �artowa�a; rzeczywi�cie si� pojawi�, wydziela� mdl�cy zapach, ale zawiera�, jak powiedzia�a, wszystko co by�o mi potrzebne i co tolerowa�em w moim obecnym stanie. Tymczasem Wan zapu�ci� w�dk� do czarnej dziury za pomoc� sprytnych i skomplikowanych maszyn Heech�w; a ja zauwa�y�em, �e mdl�ca breja, kt�r� spo�ywa�em, zawiera�a nie tylko lekarstwa. W tym samym czasie sprytne i skomplikowane maszyny wykonywa�y r�wnie� zadania, o kt�rych Wan nie mia� poj�cia.
    Tym oddzielnym zadaniem by�o powiadamianie, gdy� ze wszystkich artefakt�w Heech�w zak��cacz porz�dku w systemach wyr�wnanych by� w�a�nie tym, o kt�ry martwili si� oni najbardziej. Bali si�, �e je�li zostanie niew�a�ciwie u�yty, mo�e zniweczy� ich w�asny porz�dek stanowczo i brutalnie, wi�c ka�de takie urz�dzenie mia�o wbudowany alarm.
    Je�li boisz si�, �e kto� mo�e naj�� ci� w ciemno�ciach, rozstawiasz urz�dzenia alarmowe - mas� t�uk�cych si� puszek po konserwach przywi�zanych do sznurka, o kt�ry intruz si� potknie albo wiadro z wod� nad drzwiami, �eby spad�o mu na g�ow�. Poniewa� nie ma wi�kszej ciemno�ci ni� ta w przestrzeni kosmicznej, Heechowie wystawili posterunki wczesnego ostrzegania.
    Rozstawione przez nich sid�a z dzwonkiem by�y liczne, czu�e i bardzo, ale to bardzo g�o�ne. Kiedy Wan uruchomi� sw�j korkoci�g, sygna� zabrzmia� od razu, i natychmiast oficer komunikacyjny powiadomi� o tym Kapitana.
    - Obcy to zrobi� - rzek�, a jego mi�nie napr�y�y si�, gdy Kapitan wyrzuci� z siebie przekle�stwo o biologicznych konotacjach. W przek�adzie nie znaczy�oby ono zbyt wiele dla osobnika pochodz�cego z ludzkiej rasy, gdy� odnosi�o si� do aktu seksualnego w czasie, kiedy samica nie by�a zakochana. Kapitan nie wypowiedzia� go z powodu jego dos�ownego znaczenia. Wypowiedzia� je, gdy� by�o wysoce obsceniczne, a nic �agodniejszego nie ukoi�oby jego uczu�. Kiedy zobaczy�, �e Dwakro� wzdrygn�a si�, gwa�townie pochylaj�c si� nad pulpitem sterowniczym, poczu� skruch�.
    Kapitan mia� najwi�cej zmartwie�, gdy� by� Kapitanem, ale to Dwakro� mia�a najwi�cej pracy. Kierowa�a na odleg�o�� trzema jednostkami na raz: statkiem dowodzenia, na kt�ry mieli si� przesi���, transportowcem, kt�ry mia� pos�u�y� do ukrycia �aglowca i specjalnym pojazdem bezza�ogowym w uk�adzie planetarnym Ziemi, kt�ry mia� analizowa� wszystkie transmisje i lokalizowa� pochodz�ce z kosmosu artefakty. A nie by�a w najlepszym stanie. Przyszed� na ni� czas mi�o�ci, sterydy pulsowa�y w jej cienkich �y�ach, program biologiczny dzia�a�, a ca�e cia�o dojrza�o do wykonania swego zadania. Nie tylko zreszt� jej cia�o. Tak�e osobowo�� Dwakro� dojrza�a i zmi�k�a. Wysi�ek kierowania statkami za pomoc� systemu nerwowego i cia�a, kt�re zosta�o w�a�nie przez natur� nastawione na ��czenie si� w pary, by� tortur�. Kapitan pochyli� si� w jej stron�.
    - Dobrze si� czujesz? - spyta�. Nie odpowiedzia�a. I to ju� wystarczy�o za odpowied�.
    Westchn�� i zaj�� si� nast�pnym problemem.
    - Tak, Buciku?
    Oficer komunikacyjny wygl�da� prawie na tak samo wyczerpanego psychicznie, jak Dwakro�.
    - Odebrano kilka koncepcyjnych akt�w komunikacji, Kapitanie - zameldowa�. - Ale program t�umacz�cy b�dzie mia� jeszcze sporo do zrobienia.
    Kapitan napr�y� mi�nie policzk�w. Czy ze wszystkich niespodziewanych, nielogicznych rzeczy, kt�re mog�y p�j�� nie tak, jak powinny, by�o co�, co si� jeszcze nie zdarzy�o? Te akty komunikacji - nie chodzi�o tylko o to, �e przede wszystkim w og�le nie powinny mie� miejsca - odbywa�y si� w kilku j�zykach! Kilku! Nie dw�ch, co by�o akceptowalne dla za�o�onego przez Heech�w porz�dku rzeczy. Nie tylko w J�zyku Czyn�w i J�zyku Uczu�, jak czasem mawiali sami Heechowie, ale dos�ownie w zapisie wielu wzajemnie niezrozumia�ych j�zyk�w. By� mo�e b�l spowodowany wys�uchaniem tego nieko�cz�cego si� strumienia paplaniny nieco zel�a�by, gdyby Kapitan przynajmniej by� w stanie zrozumie�, co oni m�wi�.
    Tyle zmartwie� i problem�w! Nie tylko widoczne u Dwakro� oznaki popadania w s�abo�� i chaos, nie tylko straszny szok spowodowany tym, �e jakie� stworzenie nie b�d�ce Heechem uruchomi�o mechanizmy pozwalaj�ce dosta� si� do wn�trza czarnej dziury; najwi�kszym zmartwieniem Kapitana by�o to, czy potrafi sobie poradzi� z tymi wszystkim nast�puj�cymi po obie zmianami. Tymczasem mia� do wykonania pewne zadanie. Zlokalizowali �aglowiec i pod��yli za nim - z tym nie by�o problemu. Wys�ali komunikat do jego za�ogi, ale - co by�o rozs�dne - nie czekali na odpowied�. Statek dowodzenia, obudzony ze swego trwaj�cego tysi�ce lat snu z wy��czonym zasilaniem, pojawi� si� na czas. Przesiedli si�, po��czywszy �luzy, do wi�kszej i pot�niejszej jednostki. Z tym r�wnie� prawie nie wi�za� si� �aden problem, cho� Dwakro�, posapuj�c i poj�kuj�c, biega�a z pok�adu na pok�ad i z trudem przejmowa�a stery w nowym statku. Nic z�ego jednak si� nie sta�o. Nawet oci�ale si� przemieszczaj�cy wielki b�bel transportowy pojawi� si� w miejscu i o czasie, w kt�rym powinien.
    Ca�y proces zaj�� im prawie dwana�cie godzin. Dla Dwakro� by� to czas wielkiego, nieprzerwanego wysi�ku. Kapitan mia� troch� mniej do zrobienia, dzi�ki czemu mia� mn�stwo czasu na obserwowanie jej. Patrzy�, jak jej miedziana sk�ra staje si� czerwona od niespe�nionej mi�o�ci, nawet w�wczas, gdy ciemnieje ze zm�czenia. Martwi�o go to. Byli tak nieprzygotowani na te wszystkie wyzwania! Gdyby wiedzieli, �e b�d� w niebezpiecze�stwie, mogliby zabra� dodatkowego operatora jednostki bezza�ogowej, kt�ry zdj��by z Dwakro� troch� obowi�zk�w. Gdyby tylko przysz�o im to do g�owy, zabraliby od razu statek dowodzenia, co oszcz�dzi�oby im k�opotu przesiadania si� ze statku do statku. Gdyby tylko pomy�leli... gdyby tylko podejrzewali... gdyby cho� mieli przeczucie...
    Ale nic takiego si� nie sta�o. Jak�e by mog�o? Nawet wed�ug czasu ca�ej Galaktyki min�y zaledwie dziesi�ciolecia od chwili, kiedy po raz ostatni wychyn�li ze swej kryj�wki w j�drze Galaktyki - to zaledwie mgnienie oka dla czasu astronomicznego, wi�c jak�e mogli przypuszcza�, �e w tym czasie tak wiele si� wydarzy?
    Kapitan pogrzeba� w pakietach z po�ywieniem, a� znalaz� najsmaczniejsze i naj�atwiejsze do strawienia i z uczuciem nakarmi� nimi Dwakro� siedz�c� przy swoim pulpicie. Nie mia�a apetytu. Jej ruchy sta�y si� wolniejsze, mniej pewne, z ka�d� godzin� przychodzi�y jej z wi�ksz� trudno�ci�. Ale robi�a, co do niej nale�a�o. Kiedy zwini�to ju� ostatni �agiel fotonowego statku, otwar�a si� wielka paszcza transportowca, a podobna do �my kapsu�a, kt�ra przewozi�a pasa�er�w �aglowca zanurzy�a si� w powoli we wn�trzu b�bla, Kapitan zacz�� zn�w swobodniej oddycha�. Przynajmniej w przypadku Dwakro� zako�czy�a si� najtrudniejsza cz�� ich zadania. Teraz b�dzie mia�a szans� odpocz�� - mo�e nawet szans� na zrobienie tego w jego towarzystwie, a na to jej cia�o i dusza by�y bardziej ni� gotowe.
    Poniewa� za�oga �aglowca natychmiast odpowiedzia�a na ich komunikat - to znaczy natychmiast dla nich - ich odpowied� nadesz�a zanim zamkn�a si� nad nimi wielka l�ni�ca czasza. Oficer komunikacyjny, Bucik, w��czy� sw�j ekran i pojawi� si� komunikat:
    Przyjmujemy do wiadomo�ci, �e nie mo�emy zako�czy� naszej podr�y. Prosimy o przetransportowanie w bezpieczne miejsce.
    Pytamy: czy Asasyni wracaj�?
    Kapitan wzruszy� ramionami ze wsp�czuciem. Powiedzia� do Bucika:
    - Przeka� im: "Na razie przerzucamy was do waszego macierzystego systemu. Je�li to b�dzie mo�liwe, p�niej przetransportujemy was tutaj z powrotem."
    
    Heechowie pozostawili ludziom do odkrycia tylko ma�e statki zwiadowcze; byli zbyt ostro�ni, by zostawi� im statki do zada� specjalnych, za pomoc� kt�rych �atwo by�oby ich namierzy�. Na przyk�ad - b�blowaty transportowiec. By�a to po prostu pusta metalowa sfera wyposa�ona w nap�d nad�wietlny i sprz�t nawigacyjny. Heechowie najwyra�niej u�ywali go do przemieszczania z miejsca na miejsce du�ych ilo�ci mate�a��w; ludzka rasa tak�e mog�aby z niego skorzysta�. Ka�dy b�blowaty transportowiec m�g� by� odpowiednikiem tysi�ca transportowc�w klasy S. Ja. Dziesi�� z nich mog�o rozwi�za� problem populacji Ziemi tu ci�gu dziesi�ciu lat.
    

    Twarz Bucika by�a napi�ta, wyra�aj�ca mieszanin� emocji.
    - A co z ich pytaniem o Asasyn�w? Kapitan poczu� ucisk w brzuchu.
    - Nie m�w im jeszcze - rzek�.
    Ale to nie obawa o t� drug� ras� opanowa�a umys� Kapitana, ani te� jego troska o Dwakro�. Heechowie mieli zadziwiaj�co wiele cech wsp�lnych z ludzk� ras�: ciekawo��, mi�o�� mi�dzy m�skimi i �e�skimi osobnikami, solidarno�� rodzinn�, po�wi�cenie dla potomstwa, przyjemno�� czerpan� z manipulacji symbolami. Wielko�� wsp�lnych cech nie zawsze by�a jednak taka sama. Istnia�a za to jedna cecha psychiczna, kt�r� Heechowie posiadali i rozwin�li w znacznie wi�kszym stopniu ni� wi�kszo�� ludzi:
    Sumienie.
    Heechowie byli przewa�nie zupe�nie niezdolni do wykr�cania si� od wype�nienia jakiego� zobowi�zania albo do pozostawienia z�a samemu sobie. Dla Heech�w za�oga �aglowca by�a przypadkiem szczeg�lnym. Heechowie byli ich w�a�cicielami. Od nich dowiedzieli si� o najbardziej przera�aj�cej rzeczy, jakiej kiedykolwiek Heechowie mieli stawi� czo�a.
    Heechowie i za�oga �aglowca �wietnie znali si� nawzajem, ale ostatnio nie mieli ze sob� kontaktu. Zwi�zek ten dla istot z �aglowca zacz�� si� �le. Dla Heech�w, sko�czy� si� jeszcze gorzej. Nie by�o mo�liwe, �eby kt�rakolwiek z tych ras zapomnia�a o drugiej.
    W spokojnych, ciurkaj�cych sagach istoty z �aglowca �piewa�y o tym, jak to sto�kowate statki Heech�w pojawi�y si� nagle, straszliwie twarde i szybkie, w s�odkiej breji ich domu. Statki Heech�w przemkn�y przez p�ywaj�ce sklepienia swoich habitat�w powoduj�c znacz�c� kawitacj� i du�y lokalny wzrost temperatury. Wiele istot zgin�o. Heechowie poczynili wielkie szkody zanim zrozumieli, �e to rozumne, a nawet cywilizowane istoty, cho� bardzo powolne.
    Heechowie byli g��boko zszokowani tym, co uczynili. Pr�bowali to naprawi�. Pierwszym krokiem by�o porozumienie, a nie by�o to �atwe. To zadanie zaj�o wiele czasu - przynajmniej dla Heech�w, cho� dla mieszka�c�w breji min�� niezmiernie kr�tki czas, zanim twardy, gor�cy o�miok�tny sto�ek w�lizgn�� si� ostro�nie na �rodek habitatu. Prawie natychmiast te� przem�wi� do nich j�zykiem, kt�ry da� si� rozpozna� jako ich w�asny, cho� by� zabawnie niegramatyczny.
    Wszystkie te zdarzenia rozegra�y si� ze zdumiewaj�c� pr�dko�ci� - dla mieszka�c�w breji. Dla Heech�w, obserwowanie ich codziennego �ycia przypomina�o obserwacj� wzrostu porost�w. Sam Kapitan odwiedzi� ich planet�, b�d�c� gazowym olbrzymem - nie by� wtedy jeszcze kapitanem, raczej kim�, kogo mo�na okre�li� stewardem, m�ody, pe�en wigoru i zapa�u do przyg�d, z tym znacz�cym, ostro�nym optymizmem Heech�w w stosunku do bezgranicznej przysz�o�ci, kt�ra tak przera�aj�co na nich spad�a. Gazowy gigant nie by� jedynym bajecznie ekscytuj�cym miejscem, jakie odwiedzi� m�ody Heech. By� tak�e na Ziemi, gdzie spotka� australopiteki, pomaga� nanosi� na mapy chmury gazowe i kwazary, przewozi� za�ogi na plac�wki i budowy. Mija�y lata. Mija�y dziesi�ciolecia. Powolna praca polegaj�ca na t�umaczeniu przekaz�w mieszka�c�w breji posun�a si� do przodu. Mog�aby posuwa� si� jeszcze szybciej, gdyby Heechowie uwa�ali j� za wa�n�, ale tak nie by�o. W �adnym wypadku nie mog�a przebiega� znacznie szybciej, gdy� nie by�o to mo�liwe ze strony mieszka�c�w breji.
    Ale by�a to praca interesuj�ca z antykwarycznego i turystycznego punktu widzenia, bo mieszka�cy breji istnieli od bardzo, bardzo dawna. Ich ch�odna biochemia by�a oko�o trzysta razy wolniejsza ni� u Heech�w czy ludzi. Udokumentowana historia Heech�w si�ga�a wstecz jakie� pi�� czy sze�� tysi�cy lat - mniej wi�cej tyle, co w przypadku ludzko�ci na tym samym poziomie technologicznym. Udokumentowana historia mieszka�c�w breji liczy�a sobie trzysta razy tyle. By�y tam uporz�dkowane, datowane informacje historyczne z okresu dw�ch milion�w lat. Najwcze�niejsze ba�nie ludowe i sagi by�y dziesi�ciokrotnie starsze. T�umaczenie ich nie by�o trudniejsze ni� tych nowszych, gdy� j�zyk mieszka�c�w breji ewoluowa� r�wnie wolno, co oni sami, ale zbiorowe umys�y, kt�re je t�umaczy�y, nie uzna�y ich za szczeg�lnie interesuj�ce. Od�o�y�y prac� nad przek�adem... a� odkry�y, �e dwie z nich opowiadaj� o odwiedzinach z kosmosu.
    Kiedy pomy�l� o tych wszystkich latach, przez kt�re ludzka rasa �y�a w irytuj�cym poczuciu ni�szo�ci - gdy� Heechowie osi�gn�li tak du�o wi�cej od nas i uda�o im si� to o tyle wcze�niej - �a�uj� wielu rzeczy. Najbardziej �a�uj� chyba tego, �e nie wiedzieli�my o tych Dw�ch Sagach. Nie mam tu na my�li znajomo�ci samych sag, gdy� ta zapewni�aby nam najwy�ej jedno zmartwienie wi�cej, cho� by�oby ono koj�co odleg�e. Mam tu raczej na my�li to, co zrobi�y z morale Heech�w.
    
    Robin nie opowiada du�o o za�odze �aglowca, g�ownie dlatego, �e wtedy jeszcze wiele o nich nie wiedzia�. Szkoda. S� interesuj�cy. Ich j�zyk sk�ada� si� z jednosylabowych wyraz�w - jedna sp�g�oska, jedna samog�oska. Mieli do dyspozycji gdzie� z pi��dziesi�t rozr�nialnych sp�g�osek oraz czterna�cie samog�osek i dyftong�w, mieli zatem dla jednostek trzy sylabowych, jak imiona, 3,43 x lO8 mo�liwych kombinacji. To by�o du�o, szczeg�lnie w przypadku imion, gdy� oznacza�o par� rz�d�w wielko�ci wi�cej ni� kiedykolwiek mieli samc�w, kt�rym musieli nada� imiona, a samicom imion nie nadawali.
    Kiedy samiec zap�odni� samic�, pojawia� si� osobnik m�ski. Dzia�o si� to rzadko, gdy� by�o to zwi�zane z olbrzymim wydatkiem energii. Niezap�odnione samice wydawa�y na �wiat samice, czyni�c to mniej lub bardziej regularnie. Wydanie na �wiat samca kosztowa�o je �ycie. Nie zdawa�y sobie z tego sprawy - ani tak naprawd� z innych spraw te� nie. W sagach istot z �aglowca nie ma historii o mi�o�ci.
    

    Pierwsza z pie�ni powsta�a u zarania cywilizacji mieszka�c�w breji i by�a do�� niejednoznaczna. Opowiada�a o odwiedzinach bog�w. Przybyli oni, �wiec�c tak jasno, �e nawet szcz�tkowe narz�dy wzroku brejowc�w by�y w stanie ich zobaczy� - �wiecili takimi zawirowaniami energii, �e ciek�e gazy zacz�y bulgota� i gotowa� si�, a wielu osobnik�w zgin�o. Niczego wi�cej nie zrobili, odlecieli i ju� nigdy nie wr�cili. Sama pie�� nie mia�a wi�kszego znaczenia. Nie zawiera�a �adnych szczeg��w, kt�re Heechowie mogliby uzna� za wiarygodne i w wi�kszo�ci traktowa�a o pewnym pra-brejowym bohaterze, kt�ry o�mieli� si� wyst�pi� przeciwko naje�d�com i w nagrod� uzyska� panowanie nad ca�ym mglistym sektorem ich planety.
    Druga pie�� zawiera�a ju� wi�cej szczeg��w. Datowano j� miliony lat p�niej - prawie w okresie historycznym. Tak�e opiewa�a przybyszy spoza ich g�stego macierzystego �wiata, ale nie byli oni jedynie turystami. Nie byli te� naje�d�cami. Opadli na pogr��on� w mg�ach powierzchni� w jednym statku, kt�ry, jak si� wydawa�o, by� kiepsko wyposa�ony do prze�ycia w �rodowisku b�d�cym dla nich zimn�, g�st� trucizn�.
    Ukryli si� tam. Zostali tam do�� d�ugo, wed�ug ich standard�w - ponad sto lat. By� to wystarczaj�cy okres czasu, �eby mieszka�cy breji odkryli ich, a nawet nawi�zali jak�� form� kontaktu. Przybysze zostali zaatakowani przez obcych zab�jc�w, kt�rzy p�on�li jak ogie�, u�ywaj�c broni, kt�re mia�d�y�y i pali�y. Ich ojczysta planeta zosta�a wypalona do czysta. Wszystkie posiadane przez nich statki kosmiczne zosta�y schwytane i zniszczone.
    A p�niej, kiedy ca�e pokolenia uciekinier�w zdo�a�y przetrwa� i nawet si� rozmno�y�, przyszed� kres. P�on�cy Asasyni znale�li ich i wygotowali ca�e wielkie, p�ytkie, brejowate morze metanu do sucha, �eby tylko ich zniszczy�.
    Kiedy Heechowie us�yszeli t� pie��, by� mo�e uznali j� za bajk�, z wyj�tkiem jednego okre�lenia. Nie by�o one �atwe do przet�umaczenia, gdy� musia�o przetrwa� niedoskona�e formy porozumienia z uciekinierami i okres ponad dw�ch milion�w lat. Ale przetrwa�o.
    To w�a�nie ono spowodowa�o, �e Heechowie rzucili wszystko, czym si� zajmowali i skoncentrowali si� na jednym jedynym zadaniu: weryfikacji starej sagi. Zacz�li szuka� ojczystej planety uciekinier�w i znale�li j� - planet� wy�arzon� na popi�, jakby eksplodowa�o przy niej s�o�ce. Szukali artefakt�w innych cywilizacji, kt�re podbi�y kosmos - i znale�li je. Nie by�o ich wiele. I w kiepskim stanie. Ale znale�li ponad czterdzie�ci fragment�w cz�ciowo stopionych maszyn i za pomoc� metod opartych na izotopach datowali je na dwie oddzielne epoki. Jedna z nich by�a zbie�na z okresem, w kt�rym uciekinierzy udali si� na brejowat� planet�. Druga by�a starsza o wiele milion�w lat.
    Heechowie doszli do wniosku, �e te opowie�ci by�y prawdziwe: istnia�a rasa Asasyn�w, kt�ra niszczy�a wszystkie cywilizacje, kt�re odbywa�y loty w kosmos, jakie tylko uda�o jej si� znale��, przez ponad dwadzie�cia milion�w lat.
    I Heechowie nabrali przekonania, �e Asasyni ci�gle gdzie� s�. Gdy� okre�lenie, kt�re tak trudno by�o przet�umaczy�, opisywa�o rozszerzanie si� niebios i cofni�cie tego procesu przez istoty u�ywaj�ce p�omieni, tak pot�ne, �e gwiazdy i galaktyki z powrotem zbija�y si� razem. W jakim� celu. Trudno by�o uwierzy�, �e ci tytani, bez wzgl�du na to, kim byli, nie pojawi� si� znowu by zobaczy� skutki zapocz�tkowanego przez nich procesu.
    I wspania�y sen Heech�w leg� w gruzach, a mieszka�cy breji za�piewali now� pie��: pie�� o Heechach, kt�rzy przybyli, poznali strach i odlecieli.
    Heechowie rozstawili wi�c sid�a, ukryli wi�kszo�� dowod�w na swoje istnienie i wycofali si� do kryj�wki w j�drze Galaktyki.
    W pewnym sensie mieszka�cy breji r�wnie� byli sid�ami. LaDzhaRi wiedzia� o tym; wszyscy wiedzieli; dlatego te� post�pi� zgodnie z nakazem przodk�w i poinformowa� o pierwszym dotkni�ciu jego umys�u przez inny. Spodziewa� si� odpowiedzi, cho� min�y ju� lata, nawet wed�ug rachuby czasu LaDzhaRi'ego, od ostatniego znaku �ycia od Heech�w, a nast�pnie szybkiego dotkni�cia rutynowego badania TNP. Spodziewa� si� tak�e, �e odpowied�, kiedy ju� nadejdzie, nie b�dzie mu si� podoba�a. Ca�y epicki wysi�ek d���cy do zbudowania i wystrzelenia statku mi�dzygwiezdnego, ca�e wieki strawione na podr�, maj�c� trwa� tysi�clecia - posz�y na marne! Zgoda, �e lot trwaj�cy tysi�ce lat dla LaDzhaRfego nie by� niczym bardziej niezwyk�ym ni� wyprawa na wieloryby dla kapitana z Nantucket, ale wielorybnik te� nie by�by zachwycony, gdyby kto� zabra� go ze �rodka Pacyfiku i odstawi� do domu bez �adnej zdobyczy. Ca�a za�oga by�a zmartwiona. Podniecenie na �aglowcu by�o tak wielkie, �e niekt�rzy z za�ogant�w niechc�cy weszli w tryb wysoki; m�tna ciecz by�a tak wzburzona, �e zacz�y si� tworzy� b�ble kawitacji. Jedna z samic zgin�a. Jeden z samc�w, TsuTsuNga, uleg� takiej demoralizacji, �e zacz�� ob�apia� drug� z pozosta�ych samic, i to wcale nie w zamiarze zjedzenia jej.
    - Prosz�, nie zachowuj si� g�upio - prosi� LaDzhaRi. Zap�odnienie samicy by�o dla samca tak wielkim wydatkiem energii, �e czasem stanowi�o zagro�enie dla jego �ycia. W przypadku samic nie by�o to zagro�enie - wydanie na �wiat potomka po zap�odnieniu kosztowa�o je �ycie, ale nie wiedzia�y o tym - ani o niczym innym, tak naprawd�. Ale TsuTsuNga rzek� spokojnie:
    - Je�li nie mog� sta� si� nie�miertelny dzi�ki podr�y do innej gwiazdy, to przynajmniej sp�odz� syna.
    - Nie! Prosz�! Pomy�l, przyjacielu - b�aga� LaDzhaRi - mo�emy wr�ci� do domu, je�li tego zapragniemy. Mo�emy wr�ci� jako bohaterowie do naszych sadyb, mo�emy �piewa� nasze pie�ni, by us�ysza� je ca�y �wiat - gdy� breja ich macierzystego �wiata przenosi�a d�wi�ki r�wnie dobrze jak morze, a ich pie�ni dociera�y tak daleko, jak �piewy ziemskich wieloryb�w.
    
    Robin nie wyja�ni� zbyt dobrze, czego tak bali si� Heechowie. Wydedukowali oni, �e celem zmuszenia ca�ego wszech�wiata, by si� zn�w skurczy�, by�o przywr�cenie go do stanu pierwotnego atomu - wtedy to mia�by nast�pi� kolejny Wielki Wybuch, daj�cy pocz�tek nowemu wszech�wiatowi. Wydedukowali r�wnie�, �e w�wczas prawa fizyki, kt�rymi rz�dzi si� wszech�wiat, rozwin� si� zupe�nie inaczej.
    Najbardziej przera�a�a ich my�l o istotach, kt�re uwa�a�y, �e b�d� bardziej szcz�liwe we wszech�wiecie o innych prawach fizyki.
    

    TsuTsuNga dotkn�� LaDzhaRi'ego szybko, prawie z pogard�, a co najmniej z lekcewa�eniem.
    - �adni z nas bohaterowie! - odpar�. - Odejd� i pozw�l mi za�atwi� t� samic�.
    I LaDzhaRi niech�tnie pu�ci� go i przys�uchiwa� si� cichn�cym odg�osom, gdy si� oddala�. To by�a prawda. W najlepszym razie b�d� bohaterami, kt�rym si� nie uda�o.
    Za�oga �aglowca nie by�a pozbawiona ludzkich cech, takich jak na przyk�ad duma. Nie zachwyca�o ich, �e s� dla Heech�w - czym? Niewolnikami? Niezupe�nie, gdy� jedyn� dzia�alno�ci�, jakiej od nich wymagano, by�o informowanie, poprzez komunikator z zaszyfrowan� wi�zk�, o wszelkich dowodach na istnienie kosmicznej inteligencji. Ch�tnie zrobiliby to z w�asnej inicjatywy, nawet ch�tniej, ni� dla Heech�w. Je�li nie byli niewolnikami, to czym w takim razie?
    Istnia�o tylko jedno w�a�ciwe s�owo: zwierz�tkami. Psychika rasy mieszka�c�w breji nosi�a wi�c skaz�, kt�rej nigdy nie wymarz�, bez wzgl�du na to, jakie to mi�dzygwiezdne odleg�o�ci pokonaj� w swoich olbrzymich, powolnych mi�dzygwiezdnych �aglowcach. Wiedzieli, �e s� zwierz�tkami. To nie by� pierwszy raz. D�ugo przed przybyciem Heech�w zaliczali si� do d�br ruchomych rasy, kt�ra nie by�a podobna ani do Heech�w, ani do ludzi, ani do nich samych; a kiedy ca�e pokolenia wcze�niej ich piewcy prawdy wyg�osili staro�ytne sagi o tej rasie do s�uchaj�cych maszyn Heech�w, uwadze mieszka�c�w breji nie umkn�o, �e Heechowie uciekli. Bycie zwierz�tkiem nie by�o takie z�e.
    Mi�o�� i strach by�y wi�c wszechobecne we wszech�wiecie. Dla mi�o�ci (albo dla tego, co w�r�d mieszka�c�w breji uchodzi�o za mi�o��) TsuTsu Nga nadwer�y� swoje zdrowie i zaryzykowa� �ycie. Marz�c o mi�o�ci, le�a�em w mojej komorze szpitalnej, budz�c si� codziennie na mniej ni� godzin�, a moje kupione w sklepie bebechy dogadywa�y si� z reszt� mojego cia�a. Przera�ony mi�o�ci� Kapitan widzia�, jak Dwakro� chudnie i ciemnieje.
    Stan Dwakro� nie poprawi� si� od chwili, gdy b�bel transportowy wyruszy� w drog�. Koniec nast�pi� zbyt p�no. Najbardziej zbli�ony do medycznej profesji by� Wybuch, specjalista od przebijania czarnych dziur, ale nawet w domowych warunkach, przy najlepszej opiece, niewiele osobnik�w �e�skich mog�o prze�y� nieodwzajemnion� mi�o�� po��czon� ze straszliwym wysi�kiem.
    Nie by�o dla Kapitana zaskoczeniem, gdy pojawi� si� za�amany, roz�alony Wybuch i o�wiadczy�:
    - Przykro mi. W�a�nie ��czy si� ze zbiorowymi umys�ami.
    Mi�o�� nie jest tanim towarem. Niekt�rzy z nas mog� jej do�wiadczy� i nigdy nie zobacz� rachunku, ale tylko wtedy, gdy kto� inny zrealizuje czek.



Strona g��wna     Indeks